Wprowadzona w 2018 roku zasada dwukadencyjności dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast miała, według jej autorów, przeciwdziałać zbyt długiemu utrzymywaniu lokalnej władzy przez te same osoby. W praktyce pełne skutki tego rozwiązania będą widoczne dopiero w 2029 roku, ponieważ obowiązujące ograniczenie nie obejmuje okresu sprawowania urzędu sprzed 2018 roku.
To właśnie ten odroczony efekt sprawia, że temat wraca dziś z nową siłą. Szacuje się, że w kolejnych wyborach samorządowych około 1600 wójtów, burmistrzów i prezydentów miast nie będzie mogło ponownie ubiegać się o stanowisko. Dla wielu gmin i miast oznaczałoby to obowiązkową zmianę na szczycie lokalnej władzy, niezależnie od tego, jak mieszkańcy oceniają dotychczasowego włodarza.
Argumenty przeciwników: ograniczenie woli wyborców
Coraz więcej środowisk samorządowych krytykuje obecne przepisy, przekonując, że dwukadencyjność narusza podstawową zasadę demokratyczną, czyli prawo mieszkańców do samodzielnego wyboru swoich przedstawicieli. W tym ujęciu problemem nie jest sama zmiana władzy, lecz to, że następuje ona z mocy ustawy, a nie decyzji wyborców przy urnach.
Krytycy podnoszą również argument praktyczny. Ich zdaniem świadomość zbliżającego się, ustawowego końca urzędowania może osłabiać motywację części samorządowców do podejmowania długofalowych działań inwestycyjnych i organizacyjnych. Pojawia się obawa, że druga kadencja może być przez niektórych traktowana jako czas przejściowy, a nie etap intensywnej pracy na rzecz gminy czy miasta.
W debacie pojawia się też zarzut dotyczący zgodności tych rozwiązań z zasadami konstytucyjnymi. Przeciwnicy limitu twierdzą, że mieszkańcy powinni mieć pełną swobodę w decydowaniu, czy chcą powierzać urząd tej samej osobie po raz trzeci, czwarty czy piąty, o ile oceniają jej pracę pozytywnie.
Zwolennicy zmian przypominają o potrzebie rotacji
Z drugiej strony idea dwukadencyjności od początku była przedstawiana jako sposób na przeciwdziałanie zjawisku wieloletniego umacniania się lokalnych układów. Zwolennicy rozwiązania wskazują, że regularna rotacja na stanowiskach wykonawczych może sprzyjać większej przejrzystości, otwarciu na nowe pomysły i ograniczaniu ryzyka nadmiernej koncentracji wpływów w jednej osobie lub jednym środowisku.
W tym ujęciu ustawowy limit kadencji ma działać profilaktycznie. Nie chodzi wyłącznie o ocenę konkretnych włodarzy, lecz o stworzenie mechanizmu, który z góry wymusza odnowę lokalnej polityki. To argument szczególnie istotny w mniejszych gminach, gdzie jedna osoba potrafi rządzić przez wiele lat, budując wyjątkowo silną pozycję instytucjonalną i polityczną.
Jednocześnie doświadczenia ostatnich wyborów samorządowych pokazują, że zmiany personalne zachodzą także bez ustawowego przymusu. W 2024 roku doszło do wyraźnej wymiany części włodarzy, co dla przeciwników limitu jest dowodem, że mieszkańcy potrafią samodzielnie rozliczać lokalną władzę. Zwolennicy dwukadencyjności odpowiadają jednak, że naturalna wymiana nie zawsze jest wystarczająca.
Sejmowa debata może zmienić zasady gry
Spór nie ma już wyłącznie charakteru publicystycznego, ponieważ w Sejmie trwają prace nad poselskim projektem ustawy, który zakłada zniesienie dwukadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. To oznacza, że kwestia, która przez lata wydawała się przesądzona, znów staje się otwarta politycznie.
Napisz komentarz
Komentarze